piątek, 16 września 2016

INGLOT Soft Precision Lipliner - recenzja

Ostatnio przekonałam się do marki Inglot. Mogłyście zresztą już to zaobserwować na moim blogu, gdzie przewijały się co jakiś czas produkty tej właśnie marki. Jeśli chodzi o matowe produkty do ust to nie potrafię zliczyć ile już pomadek: zarówno płynnych i klasycznych oraz kredek przewinęło się przez moje ręce. Mogę nieśmiało powiedzieć, że porównanie mam całkiem spore. Dziś chciałabym przedstawić Wam konturówki, które bez zastanowienia wrzuciłam do swojego koszyka. Warto?

  Decyzja była spontaniczna ; zobaczyłam dwa przemawiające do mnie kolorki i nie było zmiłuj - musiałam je wziąć. Swoją drogą dawno nie kupowałam kolorowych kosmetyków, a kredek to już w szczególności!
  W moje oko wpadły : 61 i 67. Jak możecie się domyślić opakowanie nieco przekłamuje, ale za to jest bardzo solidne i minimalistyczne. Na kredce znajdziemy numer, logo i informacje dotyczące miejsca produkcji i czasu który mamy na zużycie kredki - 36 miesięcy. Według mnie taki wynik jest w pełni satysfakcjonujący, bo przecież nie po to kupujemy kredkę za 20zł by poużywać ją pół roku.


Przejdźmy więc do konsystencji za którą wystawiam spokojną piątkę z plusem. Kredka daje bardzo zdrowe ale nadal w pełni matowe wykończenie. Wygląda dobrze na nawet suchych ustach. Ciemna kompletnie nie podkreśla suchych skórek, natomiast nudziak minimalnie (przy suchych ustach). Idealnie sunie po ustach. Nie jest ani za twarda, ani za miękka. Nie wylewa się poza kąciki ani się nie odbija(!).Trwałość jest całkiem niezła. Myślę, że cztery godziny bez jedzenia tłustych potraw to norma, która nie wymaga poprawek.


Jeśli chodzi o krycie to jest zadowalające. Nie zauważyłam większych prześwitów. Na suchych ustach miałam wrażenie, że nieco blakła ale pomimo to wyglądała dobrze.
Wydajność przy tego typu produktach zazwyczaj jest bez zarzutu, więc nikogo nie zdziwi stwierdzenie, że ta kredka jest bardzo wydajna.
Kredki nosi się bardzo komfortowo. Nie dają suchego wykończenia, przynajmniej przez pierwsze godziny (a to już się ceni!), powiedziałabym raczej że lekko nawilżają usta. Formuła zdecydowanie wygrała!

61 to śliwka, która idealnie nadaje się do wielu typów urody. Dla odważniejszych jest fajną opcją na co dzień. Jest ciepła i oryginalna.

67 to śliczny dzienny nudziak, który praktycznie stapia się z moim naturalnym kolorem ust. Znika z nich bez pozostawiania katastrofy za co ogromny plus, bo nie muszę zerkać w lusterko w ciągu dnia.

Podsumowując jestem na tak i chętnie zaopatrzę się w więcej kolorków. Formuła jest zdecydowanie wizytówką tych konturówek. Cena tych kredek to 19 zł, wiec jak na profesjonalną firmę kosmetyczną jest korzystna. Inglot to coś z czego my, polki, powinnyśmy być dumne :)



snapchat: pieceofroses




Znacie te kredki?

Lubicie kosmetyki Inglota?



13 komentarzy:

  1. Obie kredki są ładne :) z inglota mialam tylko puder matujacy i duraline które uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne kolory - idealne na jesienny czas ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo o nich pozytywnych opinii słyszałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ładne kolory. Ja kredek też daaaawno nie kupowałam ale chętnie im się przyjrzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podobają mi się te kolorki szczególnie ten ciemniejszy.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo miło że wpadłaś. Koniecznie zostaw coś po sobie, a jeśli mnie obserwujesz daj znać a na pewno wpadnę do Ciebie w wolnej chwili.