niedziela, 10 lipca 2016

Nowosc matowe plynne pomadki Sleek Matte Me

Jako maniaczka produktów matowych nie mogłabym ominąć nowego produktu do ust, który wypuścił Sleek - pomadka w płynie. Ostatnio dałam Wam znać o moich pierwszych wrażeniach na temat płynnej pomadki z Golden Rose (klik) i muszę Wam przyznać, że ten post przoduje w ilości wyświetleń na moim blogu. Takich maniaczek jak ja jest więcej! Idąc za ciosem postanowiłam podzielić się z Wami moimi odczuciami dotyczącymi nowych płynnych pomadek, które pojawiły się na rynku (i czasami są trudno dostępne w całej gamie kolorystycznej). Przedstawiam Wam Sleek Matte Me.


Po ciężkich początkach i pierwszych testach przyszedł moment na obiektywną ocenę.
Od początku: Pomadki w płynie standardowo zapakowane są w 'błyszczykowe' opakowania z prostym aplikatorem na patyczku (osobiście mi się podoba bo jest równy i płaski (na końcu nieco ścięty) więc łatwiej mi się nim pracuje). Prostopadłościenne opakowanie ma matową zakrętkę z błyszczącym logiem Sleek. Przypominają nieco pomadki HD Matte z Inglota.


Formuła jest nieco wodnista, ale niewielka ilość zapełnia pełne krycie.

W moje łapki wpadły dwa kolory: Bittersweet i Birthday Suit



Jak przy każdych pomadkach matowych w płynie less is more czyli im mniej nałożymy tym lepiej na tym wyjdziemy. Ta pomadka w niewielkich ilościach współpracuje rewelacyjnie i wysuszenie jest naprawdę minimalne (odczuwalne dopiero po kilku dobrych godzinach). Nosi się bardzo komfortowo i praktycznie nie daje się odczuć.

Na ustach Bittersweet 
Schody zaczynają się kiedy nałożymy jej za dużo. Przed aplikacją radzę wytrzeć aplikator z jednej strony, by jedną z nich nakładać, a drugą rozprowadzać zaaplikowany wcześniej produkt.
Jeśli chodzi o techniki to wypracowałam sobie dwie z którymi najlepiej mi się pracuje.


  1. Nałożenie pomadki na centralną część ust i rozprowadzenie jej palcem (wersja szybka) 
  2. Obrysowanie konturu ust przy pomocy aplikatora (lub pędzelka) a następnie wypełnienie ust pozostałym na aplikatorze produktem (wersja wymagająca ciut więcej czasu i precyzji)
Obstawiam, że odciśnięcie nadmiaru przed wyschnięciem też by się sprawdziło. Jeśli chodzi o czas wysychania,to jest to kilkadziesiąt sekund do minuty (w zależności o grubości warstwy). Trwałość bez zarzutu. Przy przekąskach produkt jest nienaruszony, natomiast po posiłku lubi się wytrzeć,ale muszę przyznać, że wygląda to ok (coś na zasadzie gradientu)


Wykończenie jest całkowicie matowe- takie kocham. Wspomnę tylko, że przed takimi pomadkami peeling ust i odpowiednie nawilżenie to podstawa - ale to pewnie już wiecie.

Jest chyba tylko jedna rzecz która mi się nie podoba... ale to jest nieuniknione przy tego typu pomadkach- nieestetycznie wyglądający aplikator i łatwo brudzący się 'dzióbek'. Na to chyba nie ma rady więc pretensji do Sleeka nie mam.


Na koniec zdradzę Wam ich fenomen. Kolory są niebanalne i wielowymiarowe. W zależności od makijażu, światła i dnia wyglądają inaczej. Birthday Suit lubi wpadać w zdecydowany róż, a Bittersweet w pomarańcz.




Macie na nie chrapke ?

Sa tu jakies maniaczki matowych pomadek? 

3 komentarze:

  1. kolory bardzo mi się podobają.. takie moje :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładne kolorki :) Obserwuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Większość opinii na ich temat które czytałam były raczej mało przychylne. Dobrze, że u Ciebie się sprawdzają. Ale kolory zdecydowanie nie moje. ;)

    OdpowiedzUsuń